Trzy GS-y w tym dwa tankowce "adwęczery". JakubGS-czyli Kubuś,Cyborg czyli Klaudio i ja czyli Mario Plan byl taki ze będziemy improwizować.Tylko z grubsza było ustalone gdzie mniej więcej sie udajemy.Kubuś troche był wystraszony wizją jazdy z nami,tym bardziej jak sie okazało że Ceel nie jedzie. Jednak przeraził się nie na żarty dopiero w Znojmo.Tam z Klaudiem doszliśmy do wniosku że aby nie tracić następnego dnia na dojazd do Włoch musimy w ten dzień jak najdalej dojechać i padło na okolice Solden a konkretnie Langenfeld.
Nikt nie powiedział że będzie łatwo i nie było :)
Całej drogi nie ma co opisywać.Ze Znojma na Krems skąd dalej wzdłuż Dunaju Romantichstrasse dojechaliśmy do Melk skąd rura autobaną na Insbruck.Pełna karuzela pogodowa,deszcz i upał na zmiane.Kubuś na szczęscie nie wymiękał.
Jednak po dojeździe do Langenfeld był tak zdesperowany że stawial nam każdy hotel byleby juz dalej nie jechać Dodatkowo deszcz tak zaczął padac że nie było nawet szans na szukanie campingu a co dopiero rozkładanie namiotów.Wszamaliśmy super pizze,popiliśmy browarkami i Kubuś poszedł spać a my z Klaudiem na polecieliśmy na baseniki i wody termalne - POLECAM !!!
Ranek przywitał nas piękną słoneczna pogoda.Szybkie śniadanie i w droge.Pierwszy cel to lodowiec Rettenbach.Początek luzacki,fajne winkle.
Potem pokazali sie lokalesi
a jeszcze potem śnieżek w którym dwa dzieciaki zaszalały w bitwe na kulki
Ja troche przesadziłem i zaryłem sie w śniegu z którego nie mogłem wyjechać.Szybko jednak nadeszła pomoc silnego ramienia Kuby i daliśmy rade
W drodze na dół znowu lokalesi
Temperatura znośna,w granicach 9 stopni,wjazd jest płatny 5 ojro i dostaje sie nalepke :)
Następny cel to już Wlochy,Passo d Rombo Timmelsjoch.Powiem tylko że było pięknie.Winkle juz konkretne.Kuba nawet nie wiedział kiedy zamknął opony.Cały czas wcześniej przerażał go ładunek jaki wozil ze soba a tam nawet tego nie czuł.Wreszcie sie wyluzował.
No i ta przyroda,coś wspaniałego a widoki zapierały dech w piersiach (Przejazd platny 11 ojro za sprzęta ale warto tyle wydać)
Następnie przez Jaufenpass lecimy na Bruneck,częściowo drogami na mapie czerwonymi które były dość mocno zatłoczone.
Na jednym z postojów gdy popijaliśmy włoskie latte macchiato zajechał gość na takiej beemie - R50
Dalej przez Furkelpass passo Furcia dojechaliśmy do La Villa gdzie nastąpił mały upssssss W moim ADV rozpierdzieliło aku i zrobiła sie ogólna dyskoteka ze światłami.Silnik zaczął przerywać i nie chcial ciągnąć.Jak go zgasiłem to potem nawet nie jęknął.Kuba wyruszyl na poszukiwanie kabli i wrócil z wozem pomocy drogowej.Gośc odpalił mi moto i pojechałem za nim do serwisu strzelając,krztusząc sie ale do przodu Szczęście w nieszczęściu okazało że gość tez jeździ na GS-ie i akurat ma takie aku ale musi je przez noc naładować.Skroił mnie nieźle,z dojazdem,robota i nowe aku razem 140 ojro
Cóż musieliśmy czekać do rana więc znależliśmy nocleg,calkiem fajny pensjonat
No i tu nastąpiła kolejna awaria Temperatury w jakich jeździliśmy dość mocno sie różniły,od paru stopni do ponad trzydziestu.Wypociliśmy sie więc nieźlle i konieczne było pranie.No i zrobił sie problem z suszeniem.Powietrze wilgotne,nic nie schło ale ............ w pokoju byla mikrofala. Prawie wszystko udało sie wysuszyc oprócz tych fuzekli.
Oj było smrodu sporo,talerz z kuchenki był czerwony bo przez dwie godziny non stop chodzila.
Rano odbiór sprzęta,przykry moment płacenia i zasuwamy dalej.Najpierw Passo d Falzarego Grosse Dolomitenstrasse.
docieramy do Castello
Nawet był kibelek
Następne Passo Pordoi
Po drodze tysiące rowerzystów,jak plaga.Wyprzedzanie ich było dość niewygodne bo nie raczyli jechac rządkiem tylko jak im pasowalo.
Wjeżdżamy na Passo Sellajoch
Niesamowite winkle,opony pozamykane i z przodu i z tyłu.Kuba GS-m wywija jak motorowerkiem.
Same góry robią ogromne wrażenie,sa naprawde piękne.Jeśli ktoś uważa że w Alpach jest pięknie to powiem że w Dolomitach cenka opada do podlogi.
Obiadek w S.Cristina
Kierujemy sie na Bressanone gdzie wpadamy na autobane.Przez przełęcz Brennero wjeżdżamy do Austrii i w coraz większym sznurku beemek dojeżdżamy do GA-PA.Jak tam było to wszyscy wiedzą,ja za wiele nie pamiętam. (i znajomych całe mnóstwo)
Park lansersko upapranych bejc,nie błotem w spreyu :)
Młody Henia OKP ujeżdża sprzeta
Cóż,nie pasowało mi cos na tegorocznej GA-PA,a może ciągneło jeszcze w Alpy bo za malo było,sam nie wiem Efekt taki że w spólnie z Klaudiem zbieramy sie i starujemy na Hallstatt pod Dachsteinem.Najpierw mylimy droge bo nie wierzymy gps-m.Potem mamy na przemian deszcz i słońce.W końcu docieramy nad jezioro Walchensee z płatną dróżka widokowa 3 ojro.Za to kapiel w jeziorku free :)
Autostrada na Salzburg w ulewie przez prawie 50 km.Nie powiem żebyśmy nie przemokli.Do Hallstatt dojeżdżamy przed 18-ta w słonecznej pogodzie.Jednak chmury nad wiszą cały czas.Pare jagemajstrów poprawia humory a do tego obiadek.
Rano sniadanko i bez zwlekania ruszamy w droge.Do domu jakies 650 km ale my jeszcze chcemy wjechać na Loser.Po drodze jeszcze mały off-road,znaleźliśmy taki skrócik przez las.
W drodze na Loser znowu winkle,super winkle
To Wam coś mówi,dopiero co bylem na filmie Anioły i demony
Kierunek na dom tak obraliśmy żeby bylo jak najciekawiej.Jak najbardziej boczne drogi
Nationalpark Kalkalpen
W sumie nawinięte jakies 2700 km.Straty - jedno aku,złamane bryle i spalone fuzekle poza tym sama przyjemność.Mimo wcześniejszych obaw Jakuba nie było aż tak źle.Największy problem to pranie i suszenie ciuchów.Wilgoć jaka była wyciskała z nas poty ale nie dawała szans na wyschniecie wypranych rzeczy.

