Są takie miejsca na mapie Europy, co do których brak pewności, czy przetrwają do kolejnej wiosny, lata, czy zdążymy zobaczyć je takimi, jakimi były od zawsze. Takich miejsc szukaliśmy w kraju, gdzie same nazwy geograficzne uruchamiają wyobraźnię i przenoszą lata wstecz. Maramuresz, Bukowina, Transylwania, Siedmiogród, Wołoszczyzna?
Decyzja o wyjeździe do Rumunii rodziła się jednak w bólach. Wszyscy, czyli: Jarek vel Udy, Asia vel Bibi, Tomek vel Gibas, Jacek vel Jaca ja - Nika i Radek vel Eric, chcieliśmy odbyć wspólną wyprawę motocyklową. Rumunia kusiła swoją nieprzewidywalnością, a jednocześnie - jakby na przekór - odrzucała pozorną brzydotą i brakiem elegancji. Niejednokrotnie padały pytania, po co jechać właśnie tam, skoro jest tyle miejsc do zobaczenia i co właściwie będziemy tam robić przez dziesięć dni? Dzisiaj dla każdego z nas słowo "Rumunia" ma inne znaczenie niż przed wyjazdem, kryje w sobie całe mnóstwo doznań, smaków i kolorów, czasem trudnych do opisania, jest wspólną nazwą dla wielu miejsc, które razem zobaczyliśmy, których obraz zatrzymaliśmy w swoich głowach i które dzięki temu dla nas już nigdy nie znikną. A oto krótka podróż przez niektóre z nich?
Naszą bramą do Rumunii była Oradea - Wielki Waradyn. Polska nazwa dobrze oddaje wrażenia z przejazdu przez miasto ? po leniwie ciągnącej się Nizinie Węgierskiej - nagle znaleźliśmy się w centrum nadgranicznego tygla, z mnóstwem ludzi, samochodów, dobiegających zewsząd dźwięków, klaksonów, otaczających ruchliwe ulice zabudowań nawet nie próbujących stwarzać pozory ładu architektonicznego, a to wszystko w nieznośnym miejskim upale. To oczywiście nasze wrażenie, jedyne, jakie mogliśmy odnieść w trakcie przejazdu przez miasto bez zdejmowania kasków z głów :). W rzeczywistości Oradea (zwana też przez Udy'ego Odeonem:) ) to centrum Kriszany - Kraju nad Kereszami ? żyznej niziny, którą ze zboczy Karpat Zachodnich spływają Keresze ? Biały, Czarny i Szybki, założona niegdyś jako stolica średniowiecznego księstwa Bihar, mająca z pewnością czasy świetności za sobą i czekająca na ponowne odkrycie zakurzonej już belle epoque.
Po niecałej godzinie nawigacja sprawnie wyciągnęła nas z miasta na drogę nr 79 w kierunku Beius. Krótki postój za miastem przy drodze dla złapania oddechu był jednocześnie dobrą okazją do przyjrzenia się zwyczajom miejscowych kierowców. Można by rzec obowiązującym stylem jazdy był freestyle, a ich respekt wzbudzić mogły co najwyżej gabaryty mijanego lub wyprzedzanego pojazdu, co dla nas motocyklistów nie oznaczało nic dobrego :). Droga nr 79, pokryta przeciętnej jakości asfaltem, nie gorszym jednak od tego spotykanego w naszej Ojczyźnie, jako jedna z wielu dróg prowadzących od miast przygranicznych w kierunku interioru, zaprowadziła nas do Transylwanii. Po przejechaniu około 80 km z ulgą odbiliśmy na drogę nr 75 w kierunku Abrud i nasze oczekiwanie na jazdę pustą drogą wijącą się wśród miejscowych domostw wśród niekończącej się zieleni pochłaniającej część popołudniowego skwaru, zostało nareszcie zaspokojone. Mijaliśmy zastygłe w oczekiwaniu na lepsze czasy wioski Campani, Arieseni, Garda de Sus, Scarisoara, Albac, Vadu Motilor. Bibi z mp3 na uszach przysypiała na tylnym siedzeniu V-Stroma. Mijane żywe obrazy tworzyły teledyski do muzyki, którą mieliśmy na uszach. Po przejechaniu około 10 km droga zaczęła piąć się wyraźnie w górę w kierunku przełęczy na wysokość około 1500 m, a asfalt zamienił się w bruk pamiętający z pewnością czasy CK monarchii. Pięliśmy się więc w górę razem z nią pokonując kolejne zakręty i skoki adrenaliny, bo motocykle były dość mocno zapakowane, a trasa nie dawała ani na moment wytchnienia. Tuż przed przełęczą Jacek nieoczekiwanie zarządził postój, słusznie stwierdzając, że miejsce wymaga uwiecznienia na matrycy aparatu, choć - jak to często w takich miejscach bywa - obiektyw nie jest w stanie oddać tego, co stanowi wypadkową obrazu rejestrowanego przez ludzkie oko i emocji. Tak chyba było i tym razem. Postój okazał się dłuższy niż zamierzaliśmy, gdyż moja "mała? GS-a" strzeliła focha ;) jak to zgrabnie określił poeta wyjazdowy, Udy (pozazdrościć tej umiejętności nazywania rzeczy po imieniu :). 650-tka zdecydowała się ruszyć po jakichś 15 minutach i po pokonaniu przełęczy zjechaliśmy w dolinę. Pogoda była wymarzona, a dookoła zielone zbocza Gór Zachodniorumuńskich z połoninami Masywu Bihari i Muntele Mare? Niewiele myśląc zaparkowaliśmy przed jednym z mijanych, licznych i obiecujących coś dla podniebienia pensjonatów i postanowiliśmy odbyć pierwszą podróż do? rumuńskiej kuchni. Pierwszym przystankiem w tej podróży był Pensjonat Juliana w okolicy Garda de Sus. Z ulgą zdjęliśmy kaski, motocyklowe kurtki, buty i zajęliśmy wolne stoliki w ogródku. Ku uciesze Udy?ego znalazła się też ogrodowa huśtawka. Rozleniwiony kelner przyniósł nam menu i wtedy się zaczęło:). Limba Romana (tak Rumuni nazywają swój język) stanowiła dla przeważającej większości z nas niezgłębioną dotychczas tajemnicę. Jedyną osobą, która już zetknęła się z menu pisanym w języku tego kraju byłam ja, ale i moja pamięć okazała się zawodna. W efekcie na stole pojawiły się specialite de casei czyli pieczone udka z kurczaka z mamałygą i marynowaną papryką, ciorba de burta, ciorba de vacuta i coś na słodko. Tu trzeba poświęcić kilka słów mamałydze. Mamałyga pięknie nazywana "słońcem na talerzu" to najbardziej tradycyjna potrawa rumuńska, przyrządzana na gęsto z mąki kukurydzianej była i nadal jest codzienną potrawą na wsi rumuńskiej, spożywaną ze wspólnego talerza, okraszoną kawałkami sera, masłem i śmietaną. Tak przyrządzoną mamaligę cu branza si smantana można zjeść w każdej rumuńskiej restauracji. W Siedmiogrodzie przy odrobinie szczęścia odważni mogą spróbować mamałygi zwanej taci si-nghite, co dosłownie znaczy "zamknij się i połknij" :) Jej skład niech pozostanie słodką tajemnicą kucharza :). Rumuńska kuchnia to również królestwo gęstych zup - zawiesistych ciorb przecieranych z warzyw, z mięsem i kwaśną śmietaną. Do nich należy również niezapomniana - zwłaszcza dla Jarka - ciorba de burta czyli znane wszystkim flaczki podawane ze śmietaną i ostrą papryką. Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego nasz wyjazdowy narrator, piewca kuchni włoskiej zamówił danie, które dotychczas uznawał za hańbę dla swojego podniebienia :). Być może za sprawą jej swojsko brzmiącej nazwy.. W każdym razie nigdy już nie zdarzyło mu się ciorby de burty z niczym pomylić. Zaś ciorba de vacuta okazała się smaczną zupą chłopską z wielu warzyw i wołowiny i spałaszowaliśmy ją z Radkiem nie kryjąc zadowolenia. Potem były słodkości i kawa, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę, bo plan podróży, na straży którego stał Zumo 550, był nieubłagany. Tego dnia mieliśmy dotrzeć do miejsca naszego pierwszego noclegu i dłuższego postoju na rumuńskiej ziemi i wówczas jeszcze nikt z nas nie spodziewał się, co spotka nas w niewielkiej mieścinie w sercu Siedmiogrodu?

